Polska wersja   |   English version   |   Deutsche version

Strona ta powstała, gdy urodziły się nasze Gamonie. Jeden z nich miał poważną wadę serca. Strona była niezbędna, gdy zbieraliśmy fundusze na operacje, a potem na transplantacje serca.

Chcemy, by pozostała na pamiątkę, dla najbliższych nam osób, które tak jak my nie potrafią zapomnieć...

Moja historia

Fot. 1
Fot.1 Z małego początku powstają wielkie rzeczy...
Zaczęła się ona w 6 tygodniu... wtedy właśnie okazało się, że jest na dwóch. Nasi Rodzice zobaczyli to tak:

Ten po lewej to ja - Bartek, choć w domu nazywają mnie „Szprotka”, ciekawe czemu, skoro urodziłem się większy ( 2130g - wow!), a mój Brat bliźniak – Szymek to tzw.„Huncwot” ( waga startowa 1730g - śmieszne :)).

Fot. 2
Fot.2 Gamonie Witkowscy na Oddz. Neonatologii
27.08.2008 roku Szymek urodził się pierwszy... dałem mu fory, żeby sprawdził, czy to się w ogóle opłaca ... już po 10 dniach okazało się że będę żałował... Mam wrodzoną wadę serducha. Czekają na mnie w Szpitalu na Kardiochirurgii w Prokocimiu... Ale jedna pani doktor z Neonatologii powiedziała, że „grunt to mieć fajnych starych”. No to pojechałem a oni zajęli się resztą...

Byłem w stanie krytycznym, ale co tam, jechałem karetką na sygnale i wszystkie samochody zjeżdżały nam z drogi! Moje poczucie humoru definitywnie spadło, gdy okazało się, że mam krytyczną koarktację (zwężenie) aorty. Przez całą noc dwaj lekarze: dr. Kordon i dr. Pypłacz walczyli o moje życie i nad ranem usłyszałem nad sobą dr. Kordona: „ Pypłacz-mamy go!”. To oznaczało, że szykują mnie do operacji.
Fot. 3
Fot.3 Mamo, Tato-czuję się ok., tylko tak niefajnie wygladam.

9.09.2008 roku w Szpitalu USD w Krakowie Prokocimiu – prof. J.Skalski wraz z zespołem przeprowadził operację usunięcia zwężonego odcinka aorty i zszycia „koniec do końca”, oraz zamknięcia przetrwałego przewodu tętniczego Botalla. Operacja odbyła się w krążeniu pozaustrojowym. Wszystko poszło gładko z małym incydentem na końcu – potrzebna była resuscytacja, gdyż moje serce nie chciało wystartować ponownie do życia.


10.09.2008 roku miałem chrzciny. Wciąż na OIOM-ie... nie tak to sobie wyobrażałem. Zobaczcie w co mnie tam ubrali...
Fot. 4
Fot.4 Smutne miny Rodziców
Fot. 5
Fot.5 Smutne miny Rodziców
30.09.2008 roku. Hurra! Wracam do domu. Do mojego brata Szymka, Dziadków i kici.

Fot. 6
Fot.6 Pierwszy spacer na tarasie... jeszcze jestem mniejszy od kota :)


Następnych osiem miesięcy było super. Rozwijałem się prawidłowo, rozrabialiśmy z bratem ile się dało, tylko co miesiąc odwiedzałem dr. Kordona w Szpitalu w Prokocimiu (na badanie echokardiograficzne serca). Doktor był ze mnie bardzo zadowolony.
Fot. 7
Fot.7 Mama i ja


Wreszcie zobaczyłem jak wygląda świat poza Szpitalem.
Fot. 8
Fot. 8 Bruumm!
Fot. 9
Fot. 9 Pierwszy śnieg!!!


13.05.2009 roku. Moje poczucie bezpieczeństwa znów legło w gruzach... Ponownie trafiłem do szpitala. Po szczegółowych badaniach okazało się, że konieczna jest druga operacja :( Diagnoza brzmiała źle - zwężona droga wypływu z lewej komory serca.

25.05.2009 roku. Ponownie prof. J.Skalski wraz z zespołem kardiochirurgów wykonali tzw. plastykę zwężonej aorty. Operacja trwała 4 długie godziny, po których wszyscy wstrzymali oddech, bo istniało ryzyko uszkodzenia tzw. pęczka Hisa, a to mogłoby spowodować dodatkowo arytmię serca.

Ale znów mi się udało i choć pierwszy Dzień Matki spędziłem na OIOM-ie, to rodzice wyglądali na szczęśliwych. A najbardziej cieszyła się moja Mama, że jej urodziny 31.05. świętowaliśmy już w domu :)

Co za pech! Dwa dni później dostałem infekcji i z „bólem serca” wracaliśmy do szpitala. Okazało się, że wokół mojego serducha zebrał się płyn w dużej ilości. To mogło stanowić zagrożenie życia. I znów ingerencja chirurgów...

4.06.2009 roku. Drenaż worka osierdziowego.

Tym razem wiedziałem już jak wygląda prawdziwe życie poza szpitalem. Nie chciałem tracić czasu bo najbardziej tęskniłem za Szymkiem. Wyzbierałem się w 5 dni i wróciliśmy do domu.
Fot. 10
Fot. 10. Od tej pory wiadomo... ten po lewej to ja :(
Fot. 11
Fot.11 Skończyłem 9 miesięcy i zacząłem samodzielnie wstawać... no może trochę z pomoca Mamy :)


Jesienią ruszyliśmy w nasze ukochane Tatry. Byliśmy w Dol. Kościeliskiej, na Gubałówce, ale Rodzice najbardziej dumni byli z tego, że pokazali nam Kasprowy Wierch! W końcu kończyliśmy dopiero Roczek :)
Fot. 12
Fot.12 Z Tatą na Gubałówce
Fot. 13
Fot. 13 „Grunt to mieć fajnych starych” My mamy dość!!! Gdzie oni nas zostawili???


Po powrocie z wakacji w górach czas leciał szybko stałym rytmem: pobudka, kaszka, spacer, drzemka, zabawa, a wieczorem kąpiel i tak co dzień. Dzień Świstaka :)
Fot. 14
Fot. 14 To ja - Szprotka, czemu mnie tak nazywają?

Żarty się skończyły.
Wystraszyłem rodziców po raz kolejny.

22.07.2010 roku. O godzinie 5.20 miałem zapaść. Dostałem drgawek, zrobiło mi się słabo i nie byłem w stanie oddychać. Karetka na sygnale zabrała mnie znów do Szpitala w Prokocimiu... Choć tak bardzo nie chciałem tam wracać :(

Lekarze walczyli o moje życie...który to już raz...Mój Boże...
Fot. 15
Fot.15 Spuchnięty i słaby jestem znów na Kardiologii.
Fot. 16
Fot. 16 Zbieram się!
Fot. 17
Fot.17 Smutno mi... chcę już do domu!.






Na Intensywnej Terapii zabawiłem dobę i przeniosłem się na VI Oddział Kardiologii Dziecięcej. Tam przez równe 3 tygodnie zapoznałem wszystkie szalenie miłe panie pielęgniarki ( do tej pory nie wiedziałem, że mam tyle cioć :)). Zaczynałem się już przezwyczajać i tolerowałem te ciągłe ingerencje w moją osobę ( codzienne badania, pulsoksymetr, mierzenie temperatury, że nie wpomnę o zabiegówce-brrr!). Ale nie ma to jak własne łóżeczko i sąsiedztwo Brata :) Poza tym zaczęła się Liga Hiszpańska.



Fot. 18
Od 2 tygodni już w domu oczekuję na kwalifikację do kolejnej operacji, a moi rodzice walczą. Napiszę jak poszło!



Rodzice zdecydowali, że na kolejną operację zabiorą mnie do Monachium do Pana Profesora Malca. Bardzo się ucieszyłem - bo bardzo lubię zwiedzać świat! Podróż była udana, na miejscu też calkiem ładnie do momentu, aż nie znalazłem się znów w szpitalu. Wszyscy mówili w dziwnym języku, nic nie rozumiałem więc postanowiłem się wylogować i zapadłem w długą śpiączkę... Ale po kolei.

Fot. 19
Zaczęło się od cewnikowania serca - 27.09.2010. Badanie niby standardowe, tylko mnie musieli zaintubować przez buzię (pewnie, żebym nie mógł mieć smoczka!), a potem tak się posypało, że od razu wylądowałem na Intensywnej Terapii. Wcale nie lubię być w samym centrum uwagi, ale jakoś mi się nie udaje uniknąć zamieszania. Noc poprzedzajaca planowaną operację tylko potwierdziła moje słowa. Moje serducho zwalniało coraz bardziej, aż odmówiło posłuszeństwa i zatrzymało się tuż nad ranem. Po kilku reanimacjach Profesor i bardzo miła Pani Doktor Januszewska zabrali mnie na blok operacyjny. Wróciłem całkiem odmieniony. Zamiast mojego serca pracowało jakieś ogromne pudło z grzejnikiem (fachowo nazywa się to ECMO - tzw. sztuczne płuco-serce). Byłem oplątany mnóstwem rurek, obok stała wieża z kilkunastoma pompami infuzyjnymi. Tak jak mówiłem, wolałem na to nie patrzeć i przespałem tak 50 dni.

Kiedy się obudziłem za oknem była już zima. Dopiero wtedy pozwoliłem się rozintubować (wyciągnęli mi rurkę do oddychania). Podobno było ze mną krucho.. Ale zawsze byli przy mnie moi Rodzice i Pan Profesor. Oni absolutnie we mnie wierzyli. Postanowiłem udowodnić, że dam radę i mimo, iż wydawało się to niemożliwe, wróciłem do domu na Święta.

Po Nowym Roku wybrałem się na pierwsze kontrolne echo serca do prof. Szydłowskiego. Pan doktor po wysłuchaniu mojej zawiłej historii był bardzo zdziwiony, że prezentuję się tak okazale biorąc pod uwagę to co przeszedłem :) Kontrola wypadła pomyślnie i moi rodzice z wielką nadzieją na poprawę mojego niewydolnego serca zabrali mnie do domu.

Fot. 20
Kolejna kontrola w lutym wlała w Nas dużo optymizmu ponieważ prof. Szydłowski potwierdził iż nadciśnienie płucne - mój wróg nr 1 zmalało! Była to rewelacyjna wiadomość - praktycznie cud!
Z tej radości całą rodziną, wraz z moim bratem pojechaliśmy na krótki wypad w Tatry. Byłem na pierwszym samodzielnym spacerze w dolinie Chochołowskiej oraz kolejką na Gubałówce :)

Nasze góry Tatry zrobiły na mnie ogromne wrażenie - wiem, że będziemy z bratem tam wracać często! Chciałbym mieć siłę na prawdziwą wspinaczkę - rodzice mówili, że na Orlej Perci to dopiero są widoki... musimy się tam wdrapać! A mama najbardziej lubi Kozi Wierch - też brzmi fajnie :)

Fot. 21
Moje samopoczucie ogólne jest bardzo dobre, całkiem nieźle już się przemieszczam (pamiętajcie, że 3 miesiące przeleżałem bez ruchu i wszystkiego uczyłem się od nowa!), mam apetyt nie gorszy niż Szymek i mniej się też męczę, choć jeszcze ciągle pocę się bez powodu... czasem muszę też po prostu odpocząć w ciągu dnia, bo nie mam siły być w ruchu tak bez przerwy.

Kolejne echo w kwietniu nie przyniosło już tak optymistycznych wiadomości... nadciśnienie nieznacznie ale jednak pogorszyło się, zwiększył się także gradnient przez zastawkę aortalną, którego wcześniej nie było. Rodzice postanowili poinformować o tym prof. Malca.
Odwiedzilismy Go w Krakowie. Rodzice byli bardzo zdenerwowani i obawiali się tego co mogą usłyszeć... Ja natomiast troszkę się wstydziłem, bo odzwyczaiłem się od codziennego kontaktu z profesorem. Ustalenia z tej wizyty były takie - dowiedzieć się jak wygląda zastawka mitralna, bo wg profesora to ona jest teraz odpowiedzialna za zwiększające się nadciśnienie płucne i przygotować się na kolejna operację. Ale wcześniej dostaliśmy od profesora zgodę na wyjazd na wakacje nad morze. Pomimo złych wiadomości to była dla nas bardzo wzruszająca wizyta.

Fot. 22
W czerwcu spędziliśmy 2 tygodnie nad morzem i było bosko. Dostałem taki wiatr w żagle, że do teraz czuję się znakomicie, choć teoretycznie nie powinienem :)

Wiemy już (a ostatnie czerwcowe echo to potwierdziło) że zastawka mitralna jest niestety bardzo mocno zwężona i w zasadzie nie wiadomo co z tym zrobić, bo tak małych zastawek do wymiany nie ma w Polsce. Jednak znów mamy głęboką nadzieję, że profesor Malec coś wymyśli i da mi szansę, żebym zaczął normalnie się rozwijać i trochę rosnąć.

Fot. 23
Obecnie czekamy na decyzję profesora i termin operacji. O wszystkim będziemy informować na bieżąco. Trzymajcie za mnie kciuki!

Długo się nie odzywałem, ale to daltego, że cały czas czekałem wraz z rodzicami na decyzję profesora co dalej z moim serduchem. Dziś 6.01.2012 już wiem. Uratować mnie może już tylko transplantacja serca. No cóż – łatwo pewnie nie będzie, ale jak to już kiedyś mówiłem: dopóki piłka w grze…trzymajcie nadal za mnie kciuki i za moich rodziców-bo oni nie mają ze mną łatwego życia :)

Na początku stycznia wybrałem się z rodzicami na moją ukochaną gorącą czekoladę! To co, że mam ślady na buzi-mówi się przecież, że brudne dzieci to szczęśliwe dzieci, a ja ponad wszystko chcę się cieszyć!

Fot. 24
6 Styczeń 2012-gorąca czekolada na Rynku w Krakowie.

Fot. 25
Fot. 26
Nasze zwyczajne domowe życie - kąpiele z bratem, zakupy z tatą, gotowanie na moim „stanowisku” w kuchni. Tu czuję się bezpiecznie i to mi naprawdę wystarcza do szczęścia.

Fot. 27
No, ale moi rodzice nie byliby sobą, gdyby nie próbowali kolejnych atrakcji …i tak mimo sypiącego śniegu wychodzimy na sanki „uzbrojeni” w gogle narciarskie… nic to, że ja prawie nic nie widzę!

Fot. 28
No i oczywiście musieliśmy odwiedzić Ville Toscane w Murzasichlu-tam mój brat postawił wreszcie pierwsze kroki na nartach, a ja…
Fot. 29






zadowoliłem się wspaniałą pomidorówką :)
Fot. 30









A po nartach już razem byliśmy w kinie! I było super, bo wujek Jurek ustawił nam głos tak, żebym się nie bał i zostawił trochę zaświecone światło. Tak lubię :)
Fot. 31








Fot. 32










W moim życiu od zawsze jest tak, że miłe chwile beztroski przeplatane są wizytami u lekarzy..nie lubię tego, ale moi starzy są w tej kwestii nieugięci! Coraz częściej słyszę słowa szpital, badania, transplantacja.
Fot. 33
Boję się i zawsze na wszelki wypadek mówię rodzicom, że się dobrze czuję. Chyba nie zawsze mi wierzą :( bo w marcu zabrali mnie na „wycieczkę” do Monachium-znam to miejsce, protestowałem więc już na lotnisku, ale nic to nie pomogło.

Badania potwierdziły niestety, że żadna operacja nie jest już możliwa, a żeby zostać zakwalifikowanym do transplantacji serca w klinice Grosshadern w Monachium trzeba będzie stoczyć wielką bitwę, bo klinika nie przyjmuje do przeszczepu dzieci spoza Niemiec…ten problem pozostawiłem rodzicom, a sam miałem tylko jedno marzenie-chciałem wracać do domu malutkim samolotem, bo dużego się bardzo bałem…najbardziej pasował mi taki modelowy.

Fot. 34
Wiosna przyszła nagle i zrobiło się bardzo ciepło. Udało nam się nawet parę razy wybrać na wycieczkę rowerową. Rodzice kupili nam czadowe kaski i podróżowaliśmy wraz z rodzicami najczęściej do przejazdu kolejowego wyczekiwać na przejeżdżające pociągi.

W maju rodzice po raz kolejny nawiązali kontakt z moim Profesorem, żeby prosić o przyjęcie mnie do szpitala w Monachium i zakwalifikowanie do transplantacji. Sytuacja robiła się powoli poważna. Znów zacząłem się bardziej męczyć, moje stopy nagle spuchły i przestały się mieścić w ulubione tenisówki :(, nie miałem siły chodzić… dobrze, że mój tata wszędzie mnie nosił na rękach!
Fot. 35


Na zaproszenie przyjaciela mojej mamy wujka Zbyszka-pojechaliśmy na Mazury! Ale to był fajny czas :) cisza, spokój, las, mój brat znikał na całe dnie z wujkiem, a ja smakowałem wspaniałe ryby: sumy, liny, jesiotry i pstrągi! Wprawdzie nie było mojego ulubionego halibuta, ale nie mogłem narzekać.
Fot. 36










Ciężko się żyje, kiedy nie znasz dnia ani godziny… nie wiesz co będzie jutro. Cały czas czekasz na telefon lub mail z informacją, że jest zgoda na kwalifikację do transplantacji. Moi rodzice dzwonili, prosili Profesora, prosili innych lekarzy z kliniki, ale cały czas nie było odpowiedzi…

Fot. 37
Spakowaliśmy się więc i kolejny raz odwiedziliśmy ciocię Celinę i wujka Jurka w górach. Bo rodzice chcieli za wszelka cenę, żebym mógł poznawać świat na ile to możliwe… jakby czuli, że nie mamy czasu do stracenia… a równocześnie mój tata wykonał kolejny telefon do ordynatora szpitala w Monachium i zapytał go wprost jak ma powiedzieć temu Gamoniowi, który siedzi tu przed nim i wcina pomidorówkę, że najlepiej będzie jak pozwoli mu umrzeć. Ten Gamoń to ja. A ja zawsze chciałem żyć!


Fot. 38
I wtedy właśnie, dokładnie 31 lipca dostaliśmy zgodę na przyjęcie do szpitala!

Euforia, strach, radość i ta niewiarygodna pewność moich szalonych starych, że wszystko się uda! Koszt 1.000.000 zł, ogromne ryzyko operacji transplantacyjnej i czekanie na dawcę nie wiadomo jak długo nie wystraszył ich! Wręcz przeciwnie-dopiero teraz się zaczęło! Jak tylko wróciliśmy do domu rodzice rozpętali tam III wojnę światową-a dom zamienił się w jakieś centrum dowodzenia! Cały czas dzwoniły telefony, rodzice non stop coś załatwiali, wychodzili, wracali – dwa razy polecieli nawet na spotkanie z lekarzami do szpitala w Monachium, bo ciągle były jakieś problemy. Niby dostałem zgodę na transplantację ale nikt jakoś nie chciał nas tam przyjąć… no ale moi rodzice tak łatwo się nie poddają!
Fot. 39
Nikt nie wierzył, że zbiorą tą gigantyczną kwotę miliona złotych, a oni dzięki swojej determinacji i ogromnej pomocy mnóstwa niezwykłych osób zrobili to w 2 tygodnie.

Nawet wujek Kamil oddał swoje narty na aukcję charytatywną dla mnie!

Fot. 40
W tym czasie Rodzice opiekowali się jak zwykle mną i bratem, a musicie wiedzieć, że ja byłem już okropnie słaby i po raz pierwszy w życiu już na nic nie miałem siły.

Szymek był dla mnie też dużym wsparciem i czasem myślałem-że dobrze jest mieć „starszego” brata, nawet tylko o 1 minutę :)
Fot. 41






Fot. 42
27.08.2012 nadeszły nasze 4 urodziny!

Największym marzeniem dla mnie było to, żeby ktoś wreszcie mógł mi pomóc, żebym poczuł się lepiej…

Ciocia Paulina zrobiła mi wielką niespodziankę przygotowując własnoręcznie tort z moim ulubionym Tomkiem „Jedynką”, ale ja już nie byłem w stanie się cieszyć :(


Dlaczego musieliśmy tyle czekać? Dlaczego nie mogłem znaleźć się w szpitalu wcześniej? Moi rodzice zrobili wszystko, żebym dostał pomoc, szansę na nowe serce-które mogło uratować moje życie…

Fot. 43
18 września udało się nam wylecieć do Monachium, ale to wszystko wydarzyło się za późno :( Jeszcze walczyłem, bo moi rodzice wierzyli do końca, że wydarzy się cud, że moje stare serducho wytrzyma, ale nie udało mi się tym razem po raz kolejny wygrać życia.

Zdążyłem się jeszcze pożegnać z ukochanym bratem. Szymek był ze mną zawsze i wiele oddał ze swego dzieciństwa, żebym ja mógł jakoś żyć.


Fot. 44
16 listopada wróciłem do Polski takim małym samolocikiem, którym zawsze chciałem lecieć!

Dla rodziców wytrwałem jeszcze tydzień, żeby zdążyli się oswoić z tą myślą, że ja jednak ostatecznie muszę odejść… 22 listopada pożegnałem się.

Fot. 45



Dziękuję Wam za 4 lata cennego życia. Ja, Bartek, urodzony optymista :)




„Nie możemy zrobić nic wielkiego,
za to możemy czynić małe rzeczy z wielka miłością”